Obóz w Zakopanem koszt ok 850zł. Jedziemy na 11 dni.
Wędrówka na Kasprowy Wierch i Giewont
Wyruszyliśmy bardzo wcześnie, już około godziny 7 czekaliśmy na dole na naszego przewodnika, który chyba odrobinę zaspał, bo jakoś na czas nie dotarł. Ale jaki wzbudził entuzjazm, gdy w końcu go zobaczyliśmy. Ach te spodnie w kratkę i biały kapelusik
. Wyruszyliśmy w końcu w trasę na szlak z naszym ulubionym kierowcą panem Krzysztofem. Pierwszym naszym celem był Kasprowy Wierch 1987 m. n.p.m. Wyruszyliśmy bardzo wcześnie, dzięki czemu pogoda była wprost wymarzona. Pierwszy postój wspólne śniadanie z widokiem na Giewont… bajka… Wspólne bo „razem łatwiej to przełknąć”
Po chwili relaksu dalszy ciąg drogi pod górę. Jedni bardziej zmotywowani i pełni energii inni odrobinę mniej
, ale nie poddają się, wspierani przez resztę ekipy suną do przodu. I tak oto wszyscy docieramy do pierwszego upragnionego celu!!! Szczyt zdobyty!!! Byliśmy z siebie dumni, że nie należeliśmy do tej grupy, która w swym lenistwie na Kasprowy dotarła nowoczesną kolejką
. Niestety z częścią ekipy musieliśmy się rozstać, gdyż z różnych powodów ich dalsza wędrówka nie mogła się odbyć. Teraz przed nami górowała Kondracka Kopa 2005 m. n.p.m. Ponieważ wędrowaliśmy granią, to była sama przyjemność. Wejść i zobaczyć tą panoramę Tatr… Widok cudo – patrzysz w prawo – widzisz Kasprowy, patrzysz w lewo – Giewont. Super!!! Kolejny szczyt zdobyty. Jeszcze tylko jeden. Patrzymy na zegarki – czas jak na starych wyjadaczy górskich przystało J. Więc długo nie czekając ruszyliśmy do trzeciego celu naszej wyprawy. Po drodze kilka pompek wykonanych na zboczu przez silnych, przystojnych, niezastąpionych naszych mężczyzn – czytaj Marka, Czarnego, Kondzia i Macka. Oczywiście nie uszło to uwadze innych turystów podążających w tym samym kierunku. Jak nie zrobimy dymu to żyć nie możemy
– to fenomen 56 J. Nawet nie obejrzeliśmy się, a już staliśmy w kolejce na Giewont. Tak, tak dobrze czytacie, w KOLEJCE!!! Żeby zdobyć te 1895 m. n.p.m. trzeba się mocno naczekać
. A jak 56 zbyt długo na coś czeka, zaczyna szukać sobie rozrywki… I tak był pomysł na handel: „Sprzedam miejsce w kolejce na Giewont”; pomysł na przyspieszenie kolejki: „Do 3 odlicz…”Trojki” wystąp…Wypadacie z kolejki…”; pomysł na pompki: „Cinuś jedziesz – raz, dwa, trzy, cztery…” i tak do 20
; pomysł na konwersację z towarzyszami doli i niedoli, bliżej nam nieznanymi, ale i z takimi, z którymi mieszkaliśmy w Zakopiance; pomysł na piosenki: „Co Ty mi dasz, niczego nie żałuj…”
… No i tak mijały nam kolejne minuty w oczekiwaniu na dotarcie do celu. No i się zaczęło. Łańcuchy, śliskie skały to, to co Edzia lubi najbardziej
…Tak rozjechały się jej nogi, że musiała skorzystać z pomocy mężnych druhów, którzy wspólnymi siłami pchali ją do przodu i jednocześnie ciągnąc za ręce pomogli wgramolić się na pierwsze podejście. Później było już tylko lepiej. Dotarliśmy do słynnego metalowego krzyża. Nawet nie wiecie jaka była nasza radość. Znowu nie poddaliśmy się i cel osiągnęliśmy. Bo razem jesteśmy w stanie osiągnąć wiele. Później jeszcze tylko zejście, gdzie nogi niestety, ale zaczęły już odmawiać posłuszeństwa. Jednak przy odpowiednim wsparciu szło się dalej. Wtedy słowo przyjaciel nabiera innego znaczenia: Przyjaciel to ktoś kto, mimo swojego bólu i zmęczenia, nie zostawi cię na szlaku samego sobie...wesprze, poda rękę i powie "jest fajnie nie marudź"...to jest właśnie "DUCH GÓR".
Wędrówka na Gubałówkę
Pierwsza wyprawa niezmordowanej 56 BDSh. Miało być zapoznanie z Tatrami, z chodzeniem po górach. Wszyscy mówili „A co to było dla nas…Gubałówka bez przesady…”. No i się okazało
. Wszystko byłoby ok., gdyby nie fakt, że nie przemyśleliśmy do końca trasy tej wyprawy J. Postanowiliśmy pójść granią (dla niewtajemniczonych – to taki szlak praktycznie po szczycie), teoretycznie powinno być łatwiej, a praktycznie wyszło jak zawsze
. Rozeszło się o podejście na ten szczyt. Nasz przewodnik – czytaj Drużynowy
, wybrał pierwszą ścieżkę pod górkę jaka była po drodze, bo chyba nie do końca dowiedział się, która jest właściwym szlakiem. Okazało się, że ta ścieżka miała swój koniec szybciej, niż osiągnęliśmy szczyt. Więc summa summarum dalej podążaliśmy łąką, bez wyraźnie zaznaczonej drogi. Dodajmy do tego jeszcze baaaaaaaaaaaaaardzo strome zbocze i połowa drużyny wymiękła już w połowie. A najlepsi byli Ci najstarsi. Żeby dać dobry przykład, podtrzymywali jeszcze na duchu tych wykończonych i udając, że wszystko idzie po ich myśli, umierali ze zmęczenia w środku
. Po kilku godzinach męczarni dotarliśmy do upragnionego celu. A tam już tylko budki z pamiątkami, słynny tor saneczkowy, z którego skorzystali chyba wszyscy, no i pamiętna ścianka, której uchwyty wypolerowane do błysku, nie pozwalały zdobyć 50zł wiszących na jej końcu
W drodze powrotnej co niektórzy nie mogli darować sobie wysokiego płotu i wdrapali się na jego czubek, by jedynie zrobić sobie „czadowe” zdjęcie. Najcięższa wędrówka za nami. Najlepsze były miny tych wszystkich, którzy po powrocie do ośrodka zdali sobie sprawę z tego, że już następnego dnia czekała ich kolejna wędrówka
Wędrówka na Gęsią Szyję
Ledwo co doszliśmy do siebie po wyczerpującej wędrówce na Gubałówkę J, a już trzeba było wyruszyć na trasę na Gęsią Szyję. Z przerażeniem spotkaliśmy się wszyscy przy wejściu do Zakopianki. Czekał tam na nas już przewodnik, który miał poprowadzić nas do celu. Zapakowaliśmy się do autokaru i ruszyliśmy ku nieznanemu. Wszystko szło po naszej myśli. Nie było tak strasznie jak się wszystkim na początku wydawało. Najwięcej radości sprawiło nam spotkanie na szlaku całego stada owiec. Wyglądały okropnie – były ogolone do zera J, najwięcej entuzjazmu wzbudził „czarny rodzynek” (bądź rodzynka J) maszerująca w tej grupie. Duszek nie mogła powstrzymać się od zrobienia sobie zdjęcia z tym niezwykłym zjawiskiem
. Dotarliśmy w końcu na Rusinową Polanę. Naszym oczom ukazały się schody, niemalże do nieba… cudny widok… Do momentu, aż przewodnik poinformował nas, że mamy po tych schodach wejść na Gęsią Szyję. Nikt nie spodziewał się, jak może to być męczące. Szliśmy i szliśmy, a końca jak nie widać, tak nie widać. Niektórzy z nas podjęli się liczenia tych schodów. Chyba w taki sposób próbowali walczyć z ogromnym bólem łydek, którego nie dało się nie poczuć. Wszystko wynagrodziły jednak widoki, które roztaczały się ze szczytu. Tego nie da się opisać. Każdy kto chce to przeżyć niech spojrzy na zdjęcia. One potrafią wiele oddać. Panorama Tatr, to niespotykanie piękny widok… Schodząc ze szczytu zaszliśmy na Wiktorówki. Tutaj mieliśmy okazję zobaczyć przepiękny drewniany kościół w iście góralskim stylu – Sanktuarium Matki Boskiej Królowej Tatr. Chwila zadumy, dla niektórych modlitwy i przemyśleń. To miejsce wzbudza wiele dobrych myśli, powoduje, że człowiek odpoczywa. Warto w takim miejscu spotkać się z Panem Bogiem. Jakoś tak wyżej, bliżej nieba… Po chwili odpoczynku ruszyliśmy w dalsza trasę, już do domu. Zejście nie jest tak straszne jak wejście J. Ktoś chyba nie do końca przemyślał to „ułatwienie” wędrówki w postaci drewnianych schodów
. Ale zawsze to nowe doświadczenie. Warto jest się rozwijać. Zmęczeni, ale szczęśliwi, że udało nam się zdobyć kolejny szczyt Tatr, dotarliśmy do domu. A tam już tylko wizyta w McDonald’s i shake w nagrodę za zwycięstwo ![]()
Wędrówka na Dolinę Pięciu Stawów i Zawrat
Przyszedł czas na najbardziej emocjonującą wyprawę, na którą niektórzy baaaaaaaardzo długo czekali. Już koło godziny 6.30 zebrała się grupa najbardziej wytrwałych i odważnych harcerzy
. Wczesnym rankiem ruszyliśmy z przesympatycznym przewodnikiem na długą trasę. Nie mogliśmy się doczekać, kiedy dotrzemy do najpiękniejszego miejsca w polskich Tatrach. Idąc szlakiem mieliśmy okazję zobaczyć wyniszczone przez naturę drzewa. Widok był niesamowity z jednej strony przerażające zniszczenie natury, z drugiej piękno i nieprzewidywalność tej natury. Naszym pierwszym celem był największy wodospad tatrzański Wielka Siklawa. Mo on 70 m wysokości i uwierzcie mi tę wysokość widać stojąc u podnóża tego niesamowitego zjawiska. Niektórzy nie odmówili sobie nieodpartej pokusy zdobycia „szczytu” wodospadu, za co dostali ostrą reprymendę od naszego przewodnika J. Po chwili odpoczynku w tak cudownym miejscu nie mieliśmy ochoty ruszać dalej. Jednak perspektywa jeszcze piękniejszego miejsca jakim była Dolina Pięciu Stawów &bdquo
opchnęła” nas dalej przed siebie. Po „krótkim” czasie, za kolejną górką i kolejną doliną ujrzeliśmy to na co tak czekaliśmy. Widok roztaczający się na stawy to melodia dla oczu zwykłego śmiertelnika. Szybko udaliśmy się pod mury schroniska znajdującego się najwyżej w Tatrach (1671 m n.p.m) bezpośrednio przy Przednim Stawie. Tam urządziliśmy sobie drugie śniadanie. W piękniejszym miejscu chyba nikomu nie zdarzyło się spożywać żadnego posiłku. Usiedliśmy sobie na kamienistym brzegu stawu, wpatrywaliśmy się w górujące nad nami szczyty i marzyliśmy by zostać tu na zawsze. Ale co dobre szybko się kończy i ruszyliśmy w dalszą trasę na Zawrat. Tam to już był zupełny „hardcor”. Podejście super. Lekko przyjemnie po kamienistym zboczu, widoki marzenie, towarzystwo tylko i wyłącznie doborowe. Jakoś tak bez większych trudów dotarliśmy na szczyt. No, ale zejście już tak proste nie było. Okazało się, że czekają nas łańcuchy i marsz z przewodnikiem, który musiał pokazywać początkowo gdzie stawiać nogi, by nie ześlizgnąć się ze stromego zbocza. Chwilami adrenalina skakała wysoko. Jednak pojawiła się grupka ochotników, którzy samodzielnie radzili sobie na tym szlaku – nie żeby z wyboru, ale z zachęty samego przewodnika. Już w pamięci zapadł dialog Marka z przewodnikiem:
- Idzie ktoś jeszcze? – przewodnik
- Jeszcze ja i 5 za mną – Marek.
- A to te hardcory. To już dacie sobie radę, ja idę dalej – przewodnik.
Nie powiem, że staliśmy na skałach, trzymaliśmy się łańcuchów i kombinowaliśmy jak tu postawić nogę na stopień, która zdecydowanie była za krótka, by go dosięgnąć J. Ale przeżycie niesamowite. Warto polecić i zachęcić by tam się udać. Najbardziej uciążliwe było jednak to, że niestety, ale musieliśmy się mijać z innymi turystami, którzy podążali w przeciwną stronę, a to powodowało, że musieliśmy czekać na swoją kolej, bo jeden łańcuch nie pomieści zbyt wiele osób J. Po dobrych kilku godzinach wyczerpującej wędrówki stanęliśmy przed naszym ośrodkiem i wierzcie mi – nigdy tyle osób na raz nie było z siebie dumnych. Wszyscy zaliczyliśmy tę wyprawę do najlepszych jakie przeżyliśmy.
Bochnia
W dzień pański (nie wiem którego to było) wyjechaliśmy w okolicach godziny 9:00 do kopalni soli w Bochni. Było to X km od ośrodka, podróż autokarem zajęła nam ponad 2h(chyba). W autokarze działy się najróżniejsze cuda niewidy, ale pomińmy ich opisywanie. Gdy dojechaliśmy na miejsce, przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie, że to jest przepiękna mieścina. Pokierowaliśmy się do kopalni. W kopalni poczekaliśmy chwilę i zostaliśmy zaproszeni do pamiątkowych zdjęć przy mapie, czy jakkolwiek to nazwać wykonanych przez miejscowego fotografa. Następnie podzieleni na patrole obozowe zjechaliśmy około 200m pod ziemię. Tam dowiedzieliśmy się, że zagramy w coś w.. grę. Przewodnik - człowiek fajny i zabawny. Tylko po co mu była strzelba? Bo rzekomo po kopalni zasuwały gremliny czy coś takiego. Rozpoczęliśmy grę od wykonania arcytrudnego zadania jakim było przeniesienie z jednego kąta do drugiego belek i ułożenie ich w coś w rodzaju studni. Następne zadanie polegało na odmierzeniu bez wagi 20dag. soli kamiennej. Potem musieliśmy strzelać w tarczę ze strzelby przewodnika. Następnie zatykając dziury w rynnie własnymi palcami żeby solanka nie uciekała przez owe, wykonaliśmy zdanie. Potem przewodnik zaprowadził nas w parę ciekawych miejsc i opowiedział o metodach budowania kopalni, zabezpieczaniu jej i tak dalej. Odwiedziliśmy kapliczkę i przejechaliśmy się kolejką. Po przejażdżce ludzie z patrolu o zakrytych kolanach i zakrytych butach mogli zjechać z dłuuuugiej ślizgawki. Czekając na dole na inne patrole zagraliśmy w piłkę nożną 207m(?) pod ziemią. Potem patrol Kadry zajął 1. miejsce, Duszka 2., 3. chyba Bobka, a 4. Mąki. W ten sposób otrzymaliśmy pamiątkowe woreczki soli i dyplomy i wróciliśmy do ośrodka. ![]()
Tatralandia
Dnia (nie znam daty) wyruszyliśmy do znanego nam aquaparku znajdującego się na Słowacji - Tatralandii. Impreza oczywiście się udała. Dobra zabawa towarzyszyła nam przez wszystkie 8h. Na wejściu dziewczyny wyhaczyły jakiegoś chłopaczka miejscowego, wodzireja zabawy, który nie dał rady wymówić "Białystok". Biliśmy rekordy zjeżdżalni, co nie dziwne jest. Zagraliśmy w basenie w osiołka i ludzie patrzyli się na nas co najmniej dziwnie. Nie obyło się bez otarć łokci, zaczerwienionych pleców, aczkolwiek nie powtórzył się dramat poparzeń z wcześniejszego obozu - na szczęście !. Zmęczeni wrażeniami wróciliśmy do ośrodka i nikt nie musiał się już myć
.
Dzień sportu
W zdrowym ciele, zdrowe ciele, więc od rana zaczęliśmy porządną zaprawę. Po śniadaniu wskoczyliśmy w sportowe ubrania i poszliśmy na boisko szkolne. Tam odbył się Mecz Gwiazd - Kadra vs. Uczestnicy. Kadra oszukiwała bo wygrali 5:1
. W podstawowym składzie w Kadrze zagrali: Cinek, Marek, Staszek, Czarny Dominik i Maciek. W zespole uczestników, potencjalnie lepszym, w pierwszym składzie wyszli: Damian, Adam, Rafał, Dawid, Szatan. Królem strzelców został Gosk strzelając 2 bądź 3 bramki, bo stał "na sępa". Na 3 min do końca, do ataku zerwali się Uczestnicy. Kontrę rozpoczą Eryk, ale uderzenie zbił z toru lotu Maciek i uczestnicy otrzymali rzut rożny. Po paru akcjach potężnym strzałem akcję zakończył Damian, zobywając honorową bramkę dla zespołu Uczestników. Na koniec meczu zdobył też upragnioną bramkę Eryk, niestety bramka ta była bramką samobójczą
. Wróciliśmy do ośrodka gdzie rywalizowaliśmy w 4 zespołach w "Olimpijce". Kto wygrał ? Kadra, bo kantowali
. Oficjalny dzień sportu zakończył się pamiątkowym zdjęciem łydek Kadry.
Harcmilionjerzy
Gra planszowa, polegająca mniej więcej na tym co normalne gry planszowe. Cztery patrole walczyły o wygraną. Pomagały chyba 3 koła ratunkowe, ale ja pamiętam tylko jedne: telefon do Goska, który nic nie wiedział i nie pomagał
. Ciekawe zadania i pytania wywoływały falę śmiechu publiki. Do mety jako pierwszy dotarł patrol Duszka "
dK, czyli Pozdro dla Kumatych/Kapujących/Kadry różnie to bywało". No i zasłużenie ![]()
Festiwal
Każda drużyna zaprezentowała się od strony muzycznej. Przedstawiała swój zespół, wymyślała piosenkę harcerską i swój remix. Najlepiej wypadła ekipa Bobka i Goskiego. W pamięci dała też się zapisać piosenka Maćka i ekipy "Ooo Andzia". Trzeba też podkreślić fakt, że w tym dniu obchodził swoje urodziny nasz Drużynowy Marek "Wódz" Trzeciak, który w prezencie otrzymał hawajskie spodenki z niebieską koszulką z House'a? Cropp'a? - nie wiem. A potem było dres-dżambo(czyt. Dres Party (czyt. dyskoteka)). We znaki wdali się bramkarze "Gwoździu" i "Blacha", którzy zasłynęli powiedzeniem "kurtka do szatni".Warta wspomnienia jest także batalia breakdance'owa Cinka i Konrada. I potem poszliśmy spać.